Agnieszka Zakrzewicz swą dziennikarską pracę rozpoczęła w Radiu Watykańskim. Dziś, mieszkając od 20 lat w Rzymie i pracując jako korespondent zagraniczny dla polskich mediów, opowiada o kulisach Kościoła i Watykanu. W szczególności o tych sprawach, które najbardziej dotykają problemu kobiet w funkcjonowaniu tej instytucji, pedofilii, homoseksualizmu, sekularyzacji współczesnego społeczeństwa oraz przemian Kościoła katolickiego w epoce „postwojtyłowej“. W blogu „W cieniu San Pietro“ znajdziecie wszystko to, o czym otwarcie pisze prasa zagraniczna, a o czym z trudnością przeczytacie w prasie polskiej.

Loading...

Ukazało się wdanie włoskie "Watykańskiego labiryntu"

Ukazało się wdanie włoskie "Watykańskiego labiryntu"

Kliknij "lubię to" - W cieniu San Pietro fan page na Facebook

środa, 15 lipca 2015

148. Prawda o in vitro – czyli piekło polskiego katolicyzmu


Nie ma przeto usprawiedliwienia dla ciebie, kimkolwiek jesteś, człowiecze, który sądzisz; albowiem, sądząc drugiego, siebie samego potępiasz, ponieważ ty, sędzia, czynisz to samo.

Rzym. 2,1-2

 
Agnieszka Ziółkowska by Marta Frej


Gdzie ona ma tę bruzdę? – pomyślałam sobie siedząc naprzeciwko Agnieszki Ziółkowskiej w pewnej krakowskiej knajpce przy kubku gorącej herbaty, gdy szepnięto mi do ucha,  że mam przed sobą pierwsze polskie dziecko z probówki, które właśnie wypisało się z Kościoła i ksiądz Lemański namawia je gorliwie do tego, aby na jego łono wróciło bo ta instytucja jest otwarta i miłosierna dla wszystkich.
Poprzyglądałam się trochę Agnieszce, ale żadnej bruzdy nigdzie nie miała. Nie była też w żaden sposób wybrakowana fizycznie, ani umysłowo (przykrótka rączka lub nóżka, spuścizna genetyczna frankensteina czy syndrom ocaleńca). Wręcz przeciwnie. Miałam przed sobą całkowicie normalną, urodziwą, uroczą, przesympatyczną i bardzo inteligentną, młodą dziewczynę.
Nie widziałyśmy się więcej z Agnieszką od tamtego czasu (z powodu odległości geograficznej), ale nie straciłyśmy się z oczu.
Myślę często o tym spotkaniu, gdy patrzę na obraz Marty Frej „ŻYJĘ = KOCHAM DZIĘKI IN VITRO I CO SIĘ DZIWISZ?”, bo Marta ujęła esencję tamtej sceny. Upłynęło już wiele miesięcy od tamtego momentu i w tym czasie Agnieszka Ziółkowska stała się moją ulubioną bohaterką – ze względu na spory wokół rządowej ustawy o leczeniu niepłodności.
W końcu przyszła pora abym Ziółkowskiej poświęciła artykuł…

Nigdy nie zadałam pytań Agnieszce o jej życie osobiste (choć pewnie z powodów zawodowych będę musiała). Przyznam się, że w ostatnim czasie często o niej myślałam – ilekroć temat in vitro przewijał się w debacie publicznej, w debacie parlamentarnej na wszystkich jej etapach, w agitacji polskiego Kościoła, ale również gdy powracała sprawa ks. Lemańskiego.
Praktycznie o Ziółkowskiej myślałam ostatnio bez przerwy… O jej odwadze; sile charakteru; woli walki; świadomości, że musi walczyć do końca; o niegodziwym upokorzeniu i krzywdzie moralnej jaką wyrządzono jej, wszystkim dzieciom, które dzięki metodzie zapłodnienia pozaustrojowego od 1987 r. urodziły się w Polsce, ich rodzicom i bliskim.
Myślałam często o mamie i tacie Agnieszki – jej wspaniałych rodzicach, którzy pokazali całej Polsce, jak bardzo kochają swoje dziecko, dla którego byli i są zdolni zrobić wszystko.

Kiedy czytałam opublikowany przez Stowarzyszenie „Nasz Bocian” apel do mediów Magdaleny Kołodziej (l. 28) – pierwszego dziecka urodzonego w Polsce w listopadzie 1987 r., dzięki staraniom prof. Mariana Szamatowicza w Białymstoku (Agnieszka Ziółkowska w rzeczywistości jest pierwszą Polką urodzoną dzięki metodzie zapłodnienia pozaustrojowego w Rzymie w maju 1987 r.) – myślałam dokładnie to co ona: że gorzej już być nie może, że po ostatnich obradach Sejmu, który uchwalił ustawę o leczeniu niepłodności będzie już tylko lepiej. W tym kraju niestety jest wszystko możliwe. Wstyd mi za Polskę i za jej przedstawicieli. To co się w tej chwili dzieje jest nie do przyjęcia i nie do pomyślenia. Jak można odmawiać ludziom prawa do leczenia, jak można zupełnie bezkarnie obrażać tyle osób, jak można wypowiadać się na tematy, o których nie ma się żadnego pojęcia?”. Apel ten skierowany później do Prezydenta Bronisława Komorowskiego podpisały obie Polki – a ponieważ to już dorosłe kobiety (Magdalena ma dwójkę własnych dzieci) – pora rzeczywiście odejść od definicji „pierwszego polskiego dziecka z probówki”.

Nieuporządkowane pragnienie posiadania dziecka

A jednak to grzech… Zgodnie z naukami Kościoła katolickiego para małżeńska, którą Bóg pokarał bezpłodnością lub niepłodnością nie ma prawa do jej leczenia. Wszystko co powoduje oddzielenie aktu płciowego od aktu prokreacyjnego jest złem.
Skąd jednak wynika potępienie metody prokreacji pozaustrojowej przez Ojców Kościoła? – zastanawiam się.
Pierwszym źródłem jest Księga Rodzaju (której powstanie przyjmujące autorstwo Mojżesza datuje się na XIII-XII wiek p.n.e) i według której – zgodnie z wersją tradycyjną – Ewa została stworzona z żebra Adama. W zasadzie problem z onanizmem i z in vitro (które „wymuszonego onanizmu wymaga” – jak nas uświadomiła senator Dorota Czudowska z PiS podczas debaty w Senacie) jest jeden i ten sam… Męski plemnik to siedziba duszy tchniętej przez Boga w Adama ulepionego z gliny. W nasieniu męskim znajduje się dusza wegetatywna, a narządy rozrodcze kobiety są jedynie „naczyniem”, w którym nabiera ona cech zmysłowych i rozumnych w akcie poczęcia. Kościół uważa embrion za pełnoprawną osobę na równi z ludźmi dorosłymi, tłumacząc to faktem, że poczęcie człowieka jest jednoznaczne z otrzymaniem duszy nieśmiertelnej. Św. Tomasz z Akwinu, uznany za jeden z najwybitniejszych umysłów katolickich., już w XIII wieku n.e wykazywał, że dusza kształtuje zrodzenie i wzrost płodu. Jakimi metodami naukowymi tego dowiódł?

Historia in vitro nie jest taka stara jak Biblia. Pierwszą osobą, która przyszła na świat w wyniku zastosowania zapłodnienia pozaustrojowego była Louise Brown, urodzona 25 lipca 1978 roku w Wielkiej Brytanii. Jej rodzice zanim zdecydowali się na eksperymentalny zabieg, starali się o potomstwo przez 9 lat. Jak wielkie i grzeszne (według Kościoła kat.) musiało być ich nieuporządkowane pragnienie posiadania dziecka?
Dopiero w 2010 r. Robert Edwards otrzymał Nagrodę Nobla za opracowanie metody zapłodnienia pozaustrojowego. To on, wraz z brytyjskim ginekologiem Patrickiem Steptoe dokonał pierwszego zapłodnienia in vitro 37 lat temu.
Encyklika Jana Pawła II Evangelium Vitae, w której polski papież sprzeciwiał się tej metodzie została ogłoszona w 1995 r. Od tamtego czasu jednak zarówno nauka, jak i ustawodawstwo wielu krajów poszło do przodu.

Polska przyjmuje pierwszą ustawę o in vitro dopiero w 2015 r. – gdy jej pierwsze dzieci z probówki dobijają do trzydziestki… Szacuje się, że w Polsce około 1.2 mln par może być dotkniętych niepłodnością  – z czego część wymagać będzie leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego.

Przewodniczący Zespołu Ekspertów KEP ds. Bioetycznych – abp. Henryk Hoser może wyrażać nadzieję, że prezydent Komorowski nie podpisze ustawy w tym kształcie lecz skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego. Może uważać, że jest ona sprzeczna z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka i z polską konstytucją, i twierdzić również, że jest jawnym zaprzeczeniem nauczania Jana Pawła II, zwłaszcza encykliki Evangelium vitae i to w roku, w którym obchodzimy - na mocy uchwały sejmowej - Rok Jana Pawła II.
Pora jednak przestać wierzyć w bajki o in vitro – zwłaszcza te o bruździe dotykowej, o nieprzewidywalnych konsekwencjach genetycznych, o eksperymentach na embrionach, o nieskończonych ilościach zarodków przechowywanych w zamrażarkach i o uzyskiwaniu dzieci kosztem innych dzieci


Nie jest ani całkowicie dobra, ale nie aż taka zła. Najważniejsze jest jednak, że jest – że w końcu przeszła drogę parlamentarną i że dzięki temu będzie ją można dalej ulepszać. O tej ustawie trzeba jednak kilka rzeczy powiedzieć szczerze:
1). Polski Kościół zrobił wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do uregulowania w Polsce problemu tak ważnego i delikatnego pod względem zdrowotnym oraz etycznym jak zapłodnienie pozaustrojowe – bo wygodniejszy byłby dla niego „dziki zachód” w tej dziedzinie.
2) Polscy duchowni posunęli się do głoszenia z ambon i w mediach tez obrażających godność ludzką, siejących nienawiść oraz dyskryminację.
3) Polska ustawa o leczeniu niepłodności jest w obecnym kształcie bardziej etyczna niż jej brak. Ogranicza ona liczbę zapładnianych komórek do 6 (art. 9 ust. 2) - co oznacza, że można uzyskać w ten sposób maksymalnie 6 zarodków, a w praktyce od 1 do 4 (nie może być więc mowy o dziesiątkach czy setkach zamrażanych embrionów, choć niektórzy postulują, że ten sam przepis zawiera jednocześnie szereg przesłanek pozwalających de facto tworzyć ich nieograniczoną liczbę gdy kobieta chcąca się poddać procedurze in vitro, przekroczy 35 rok życia. Z zapłodnionych komórek kobiety po 35 roku życia nie może rozwinąć się zbyt wiele embrionów, ponieważ jakość komórek jajowych jest w tym wieku coraz niższa…). Choć ustawa nie przewiduje limitu transferu embrionów do macicy, w programie ministerialnym dotyczącym refundacji istnieje zapis mówiący o ich ograniczeniu (do 1 lub 2 jednorazowo), co zmniejsza ryzyko powstania ciąż mnogich i wieloraczych, poronień, powikłań okołoporodowych – a przede wszystkim konieczności wykluczenia selektywnej redukcji płodów (nie może więc być mowy o tym, że jedno dziecko z in vitro rodzi się kosztem kilkudziesięciu innych dzieci, które musiały zamrzeć albo zostać zabite)
Pod tym względem polska ustawa jest o wiele bardziej etyczna, niż ta przyjęta w Indiach lub USA, gdzie nie ma limitu transferowanych zarodków (i gdzie Nadia Suleman mogła urodzić ośmioraczki).
Pora obalić również mit o tym, że zarodki są zabijane w laboratorium. W naturze samoistnie obumiera aż 60-70% ludzkich embrionów. Na ten proces nie ma wpływu to, czy powstały one w in vitro w laboratorium, czy w łonie kobiecym podczas seksu w sypialni. Tak decyduje sama natura (lub jeśli ktoś woli Bóg). Sztuczne zapłodnienie to nie jakieś potworne, eugeniczne eksperymenty laboratoryjne, lecz odtworzenie w probówce naturalnych procesów, które zachodzą w kobiecych narządach rozrodczych. Wyklucza się tylko zarodki, które same przestają się prawidłowo rozwijać.
Teza o tzw. „bruździe dotykowej” (wygłoszona przez ks. Franciszka Longchamps de Bériera) czy „syndromie Frankensteina”, nie ma żadnych podstaw w badaniach naukowych, a jest tylko niebezpiecznym sposobem na wytwarzanie podłoża dyskryminacji i stygmatyzacji ludzi. To samo dotyczy powtarzania tezy w jakiejkolwiek jej formie o tzw. „syndromie ocaleńca” – co jest zwykłą niegodziwością.
4) Ustawa niestety nie kontempluje problemów prawnych, społecznych i zdrowotnych związanych z dawstwem – dawca pozostaje anonimowy, podczas gdy ustawodawstwa innych krajów przewidują (lub nawet nakazują) już dawstwo jawne lub jawne i anonimowe. Niestety, ani dawcy, ani biorcy nie będą badani psychologicznie – tak jak ma to miejsce w przypadku adopcji.
5) Podczas głosowania w Senacie na 93 posłówgłosujących - 46 głosowało za i 43 przeciw, a 4 wstrzymało się od głosu. Ustawa przeszła praktycznie dzięki powstrzymaniu się od głosu 4 senatorów PO, którzy „umyli ręce”. Aż 9 senatorów tej partii głosowało za odrzuceniem ustawy.
7) Ustawa narodziła się już z wątpliwościami co do jej konstytucjonalności – otwierając w ten sposób furtkę ustępującemu prezydentowi do tego, aby jej nie podpisał, a także podważając jej przyszłe losy. Jak sygnalizował kierujący Kancelarią Prezydenta RP minister Jacek Michałowski w liście do Marszałka Senatu RP Bogdana Borusewicza: „poważną wątpliwość co do zgodności z konstytucją i prawem międzynarodowym budzi wprowadzana ustawą o in vitro możliwość pobierania komórek rozrodczych od dawcy, który jest niezdolny do świadomego wyrażenia zgody, w celu zabezpieczenia płodności na przyszłość”.

Macierzyństwo i ojcostwo

Niepłodność to ogromne cierpienie i stres. Instynkt macierzyński kobiety jest tak silny, że mężczyznom trudno czasami to zrozumieć. Pragnienie dziecka może być na tyle wielkie, że kobieta jest w stanie poddać się długoletniemu leczeniu, rozpoczynając od naturalnych działań diagnostyczno-terapeutycznych, które nazywa się ostatnio naprotechnologią (a które są przecież stosowane od bardzo dawna), ale także kuracjom hormonalnym i zabiegom chirurgicznym. Nie wszyscy jednak cierpią na niepłodność spowodowaną m.in. psychologiczną sferą funkcjonowania organizmu. Prawdziwą przyczyną niepłodności uszkodzenia narządów rodnych, nieprawidłowe ich ukształtowanie w procesie rozwoju, całkowity brak komórek rozrodczych, zła jakość nasienia, endometrioza – a tego typu schorzenia można leczyć tylko poprzez zapłodnienie pozaustrojowe.
Należy również wreszcie wyjaśnić, że niepłodność to co innego niż bezpłodność. Jak pisze Agnieszka Ziółkowska: "Szanowne Panie i Panowie senatorowie, Drodzy prawicowi politycy, publicyści, komentatorzy, dziennikarze, nawet i na sądzie ostatecznym, nawet w kontekście roku 2015 jako roku Jana Pawła II, nawet poprzez wymuszony onanizm i oglądanie pornograficznych obrazów, czy też z drugiej strony, przez post i modlitwę, OSOBA BEZPŁODNA POZOSTANIE BEZPŁODNĄ I DZIECI MIEĆ NIE BĘDZIE, (chyba, że dzięki adopcji) ponieważ JEST BEZPŁODNA, bo bycie bezpłodnym to właśnie znaczy. I in vitro jej nie pomoże. Nie pomoże, ponieważ in vitro jest metodą LECZENIA NIEPŁODNOŚCI. A niepłodność jest chorobą. A in vitro najskuteczniejszą metodą jej leczenia. Amen. *Niepłodność definiowana jest współcześnie przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) jako niemożność zajścia w ciążę pomimo regularnego współżycia płciowego (3–4 razy w tygodniu), utrzymywanego powyżej 12 miesięcy, bez stosowania jakichkolwiek środków zapobiegawczych [1]. Choroba, według WHO, jest odwrotnością zdrowia, które to definiuje jako stan pełnego dobrego samopoczucia („dobrostanu”) fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby czy niedomagania [2]. W takim ujęciu: • choroba = stan przeciwny zdrowiu; • choroba = niedostatek zdrowia; • choroba = stan upośledzenia, niepełnosprawności i/lub dyskomfortu. W oparciu o definicję zdrowia wg WHO opracowano w 1994 roku – podczas Międzynarodowej Konferencji na Rzecz Ludności i Rozwoju (ICPD) w Kairze – definicję zdrowia reprodukcyjnego, która zakłada, że jest to stan fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu we wszystkich sprawach związanych z układem rozrodczym [3, 4]. Choroba – w tym kontekście – to niezdolność partnerów do satysfakcjonującego życia płciowego oraz niemożność spełniania swoich zamierzeń prokreacyjnych."
Czy nadal mamy żyć w Polsce jak w ciemnogrodzie i osobom cierpiącym na chorobę niepłodności zabraniać starania się o biologiczne potomstwo? Szanse na zajście w ciążę dzięki in vitro wynoszą średnio 30 % (dla kobiet przed 30 rokiem życia, które mają niedrożne jajowody ten wskaźnik może sięgnąć nawet 70%, z kolei u kobiet po 40 roku życia wyniesie około 5%). – ale to i tak więcej niż zero.
Dziś wiemy, że niepłodność może być zarówno żeńska, jak i męska – dlatego oprócz tradycyjnej metody zapłodnienia pozaustrojowego stosuje się również ICSI polegające na wprowadzeniu plemnika do komórki jajowej. Dawniej wina spadała najczęściej na kobietę. Dlatego inne kultury rozwiązywały i nadal rozwiązują problem w sposób bardziej brutalny – zamiast in vitro stosuje się oddalenie żony, która nie zachodzi w ciążę lub zaślubia nastolatki z leciwymi i zamożnymi mężczyznami, gdyż dobra jakość ich młodych komórek może zrekompensować niewydolność starych plemników. Czy naprawdę również Polska chce pozostać na zawsze ciemnogrodem?
Niepłodność to problem poważny i stary jak świat. Radzono sobie z nim zawsze na różne sposoby, zwłaszcza gdy wraz z poczęciem potomstwa – najczęściej męskiego – wchodziło w grę utrzymanie władzy, wpływów i bogactwa.
Jestem ateistką, więc mogę pozwolić sobie na racjonalną spekulację - skoro św. Józef nie był biologicznym ojcem Chrystusa, to czy niepokalane poczęcie Najświętszej Marii Panny nie było przypadkiem pierwszym w historii przykładem zapłodnienia pozaustrojowego? Jak inaczej mamy sobie wyobrażać obcowanie Ducha Świętego z Maryją? Bo chyba nie było ono zgodne z katolicką etyką seksualną…

A jednak można osiągnąć dno katolickiego piekła…

Kiedy czytałam list pierwszych Polek poczętych dzięki metodzie in vitro, myślałam sobie, że przecież gorzej niż po debacie senackiej już być nie może…
A jednak może…
Podczas pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę, w trakcie niedzielnego kazania, abp Andrzej Dzięga zapewniał, że osoby, które urodziły się dzięki metodzie in vitro są przez Kościół uważane za "dar Bożej miłości". Zaraz potem stwierdził: "Bo wy nie jesteście niczemu winni. Wy jesteście darem Bożej miłości dla świata, chociaż ten dar został przez dorosłych wymuszony pewnym gwałtem na naturze, w laboratorium. Chociaż wyrwany Bogu siłą, nie przestaje być jego darem. My was kochamy, my was zapraszamy do wspólnej modlitwy. To nie jest wasza wina, że aby się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych dzieci musiało zamrzeć albo być zabitych".
Gdy w Rzymie doszło do mnie echo polskich mediów o tym, co działo się w Częstochowie – znowu pomyślałam o Agnieszce Ziółkowskej i o jej tacie – Adamie. Potem przeczytałam jego list otwarty, którego fragment tu przytoczę:


Pan Adam, który pomimo wszystko jest osobą głęboko wierzącą, wyznał również w tym liście, że po raz pierwszy w swoim całkiem już długim życiu (60+) nie był na mszy niedzielnej nie z powodu siły wyższej (choroba, podróż ), ale dlatego, że po lekturze urywków kazania abp. Dzięgi nie był w stanie tego zrobić.

Choć jestem ateistką pomyślałam sobie – Boże mój!

Solidaryzuję się z Panem Adamem Ziółkowskim – wspaniałym tatą Agnieszki -
jak zapewne wiele innych osób…

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu

Podziękowania za konsultację merytoryczną dla Anny Krawczak – kulturoznawczyni, przewodniczącej Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i WspieraniaAdopcji NASZ BOCIAN i członkini ESHRE, Fertility Europe i Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem Uniwersystetu Warszawskiego, w ramach którego prowadzi badania nad nowymi technologiami reprodukcyjnymi w perspektywie childhood studies.







niedziela, 12 lipca 2015

147. Homoseksualny diabeł Lutrem podszyty


Nie tylko polscy biskupi idą na wojnę z papieżem… na październikowym soborze szykuje się transwersalna schizma...

Homoseksualiści to dzieło szatana
Papież udał się na pielgrzymkę do Ameryki Łacińskiej, aby rozniecić ducha wiary na kontynencie z którego pochodzi i na którym żyje dziś największa ilość katolików. W Ekwadorze Franciszek odwiedził dom starców prowadzony przez Misjonarki Miłości, w Santa Cruz w Boliwii spotkał się z grupą 3,5 tys. więźniów z zakładu Palmasola (najgorsze i najcięższe więzienie na świecie), a w stolicy Paragwaju z dziećmi ze szpitala  “Niños de acosta ñu” (noszącego imię 3,5 tys. nieletnich ofiar, które walczyły i zginęły podczas wojny paragwajskiej w batalii w 1889 r.) . Bergoglio odwiedził trzy sanktuaria: w Ekwadorze sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Guayaquil i maryjne sanktuarium “El Quinche” w Qiuto, a w Paragwaju Sanktuarium Matki Bożej z Caacupé. W stolicy Ekwadoru spotkał się na Uniwersytecie Katolickim z ludźmi nauki, a w Boliwii w Santa Cruz uczestniczył w II Światowym Kongresie Ruchów Ludowych. Niczym Chrystus – spotkał ostatnich i uciśnionych.

Tymczasem w Europie diabeł nie śpi…
Arcybiskup Bolonii, kardynał Carlo Caffarra w wywiadzie udzielonym w bolońskim dodatku do katolickiego dziennika Avvenire, tuż po Gay Pride powiedział, że jeżeli Europa uzna rodziny gejowskie będzie to koniec. „Koniec świata”- miał na myśli znany interpretator Starego Testamentu, a zwłaszcza Ksiąg Kapłańskich. „Europa umiera. I może nie ma nawet woli przeżycia, gdyż nie było żadnej cywilizacji, która przeżyłaby nobilitację homoseksualizmu. Nie mówię „uprawiania” homoseksualizmu. Mówię: nobilitacji homoseksualizmu.” – twierdzi kard. Caffarra, dodając, że do tej pory jedyne cywilizacje, które przeżyły to żydowska i chrześcijańska, gdyż miały odwagę potępić homoseksualizm. Jego zdaniem Asyryjczycy wyginęli, gdyż go zaakceptowali.
W obliczu nieomylnych znaków na niebie i ziemi, że nasz świat się kończy, za które należy uznać  - nie światowy kryzys gospodarczy, bankructwo Grecji i problemy giełdy Chińskiej, nie terroryzm samozwańczego Kalifatu Islamskiego i radykalnych islamistów, i nie zmiany klimatyczne planety, które nawet papież opisał w najnowszej Encyklice – ale najpierw prohomoseksualne referendum w katolickiej Irlandii a potem Decyzję Sądu Najwyższego w USA o legalności małżeństw jednopłciowych w całym kraju – kardynał Caffarra ostrzega, że za uznaniem równouprawnienia gejów i lesbijek stoi Szatan. Jak to możliwe, że takie rzeczy roją się w głowie ludzi jak liberalizm obyczajowy i chęć równouprawnienia? Na to pytanie boloński kardynał, który kiedyś wchodził w skład kierownictwa Papieskiej Rady ds. Rodziny oraz Papieskiej Akademii Życia – ma odpowiedź: Diabeł! Jako pasterz czuje się w obowiązku aby przeciwstawić się tej diabelskiej chorobie. Walka będzie długa i ciężka!

Odsiecz polska
Kiedyś Europę uratował Jan III Sobieski. Teraz z odsieczą na sobór mogą przybyć tylko polscy biskupi: abp Stanisław Gądecki (przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski), bp Henryk Hoser i przewodniczący Rady ds. Rodziny, bp Jan Wątroba. Teza jest prosta: trzeba bronić spuścizny Jana Pawła II przed Franciszkiem. Prawdę mówiąc Bergoglio nie ma tu nic do rzeczy - bo papież jezuita tylko siedzi i patrzy.
W rzeczywistości trzeba bronić się przed Niemcami – którzy co prawda małżeństw jednopłciowych nie mają zamiaru wprowadzić, ale od 2001 roku już „nobilitowali” rodziny jednopłciowe poprzez Eingetragene Lebenspartnerschaft – ustawę o jednopłciowych związkach partnerskich.
Cały szkopuł tkwi w tym, że również włoski rząd Matteo Renziego chce wreszcie uregulować prawa osób homoseksualnych na wzór niemiecki. Wyobrażacie sobie co to będzie, gdy tuż za murami Watykanu wykiełkuje diabelskie nasienie i zacznie się roić od związków jednopłciowych? A to może się stać najpóźniej w nadchodzącym Roku Świętym. Co tam katolicka Irlandia… Watykan pogodził się jakoś z demokratycznym referendum. Ale katolickie Włochy… to będzie przecież koniec Europy i na pewno koniec świata…
W rzeczywistości problem jest o wiele bardziej złożony – i pora wreszcie to powiedzieć: „homoseksualiści będący dziełem szatana” to tak naprawdę przysłowiowa łatka… aby nie rzucało się w oczy, to co jest pod nią.
Najlepszy przykład tego to kardynał Reinhard Marx, arcybiskup Monachium – od marca 2014 r., przewodniczący Episkopatu Niemiec. Jeszcze w 2011 r. abp. Marx nazywał homoseksualistów „ludźmi upadłymi”. Od ubiegłego roku jest natomiast uważany za jednego z najbardziej liberalnych Ojców Kościoła. Prominentny niemiecki hierarcha, który należy do elitarnej grupy Rady Papieskiej i jest przewodniczącym COMECE, katolickiego ciała przy Unii Europejskiej – zasłynął tym, że podczas zeszłorocznego soboru bronił długoletnich par homoseksualnych. Na konferencji prasowej kard. Marx mówił: "wykluczanie nie jest językiem Kościoła", "nie możemy mówić homoseksualistom, że Ewangelia nie jest dla nich" oraz że są "ludźmi drugiej klasy". Od tamtego momentu Marx jest uważany za przywódcę postępowego skrzydła reformatorów, proeuropejskiego i otwartego na zmiany. Zdaniem hierarchy, nie można postrzegać doktryny Kościoła w kategoriach czarno-białych, gdyż jest ona znacznie bardziej skomplikowana i nieoczywista. Tymczasem – ocenia duchowny – współcześni młodzi ludzie są bardziej tradycyjni niż starsi.
"Nie mam problemu z tradycją. Ale obserwujemy tendencję, iż młodzi ludzie zdecydowanie obstają przy swoim stanowisku. Czarno-biały populizm narasta w Europie. I to jest początek, być może terroryzmu." - powiedział w wywiadzie dla jezuickiego miesięcznika "The America".
Większość niemieckich biskupów jest oczywiście za komunią dla rozwodników - ale to najlżejszy punkt "rozwodnienia" doktryny. W tej kwestii zdaje się, że Ojcowie Kościoła znaleźli porozumienie - grzesznicy rozwodnicy, którzy zdecydowali się wejść w kolejny związek, będą mogli dostąpić Eucharystii, ale pod warunkiem, że nie będą uprawiać seksu.

Homoseksualny diabeł Lutrem podszyty
Kardynał Marx nie tylko rozwadnia doktrynę. Papież  powierzył mu bardzo ważne funkcje - uzdrowienie i nadzór finansów watykańskich. Wiadomo - niemiecki rygor ekonomiczny, cięcia i oszczędności są potrzebne Kościołowi. Ponadto arcybiskup Monachium już od dawna jest znany z walki z rozpasaniem i centralizmem Kurii Rzymskiej. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że Kościół może sobie bez niej poradzić.
Najgorsze ma jednak dopiero nadejść! Rok Święty zapowiedziany przez Franciszka będzie poświęcony Miłosierdziu - ale także duchowi Soboru Watykańskiego II, od którego zakończenia upłynęło 50 lat. W 2017 roku szykuje się natomiast kolejna rocznica - upłynie 500 lat od momentu gdy Marcin Luter przybił 95 swoich tez w kościele w Wittenberdze, co zakończyło się schizmą. A kardynał Reinhard Marx już od dawna powtarza, że "również katolicy muszą przygotować się dobrze do jubileuszu reform Lutera, który powinien być inspiratorem wielkich zmian w Watykanie i w całym Kościele." Zbliżenie ekumeniczne między katolikami, luteranami i wyznawcami innych religii, mające na celu przeciwstawienie się sekularyzacji to horyzont przyszłych zmian w Kościele. Nie wszyscy jednak chcą patrzeć w tym samym kierunku.
Nie można się oprzeć poczuciu absurdu, że już za kilka miesięcy kilkudziesięciu starszych mężczyzn w strojach religijnych, którzy nigdy nie mieli rodziny, ani dzieci, nie wiedzą nic o uczuciach i seksie (przynajmniej teoretycznie), nie byli nigdy ojcami, nie współuczestniczyli w macierzyństwie, nie zarabiali na utrzymanie domu i na wychowanie potomstwa - będzie obradować nad sprawami, które dotyczą szerokiej rzeszy ludzi i syndykować o ich życiu uczuciowym oraz intymnym. Mniej absurdalnym wyda się to tylko wtedy, gdy uświadomimy sobie, że za homoseksualistami podszytymi diabłem, za rozwodnikami, dziećmi z probówki, duszami zamordowanych zarodków i antykoncepcją - tak naprawdę ukrywa się gra o wpływy i o władzę, tych, którzy udając konserwatorów lub postępowych chcą wysunąć się na czoło hierarchii, w wyniku zmian historycznych i dziejowych, przez jakie musi przejść Kościół - jak każda instytucja. A wszystko to kosztem życia zwykłych ludzi, i nie tylko katolików....

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu

piątek, 10 lipca 2015

146. List otwarty Agnieszki Ziółkowskiej


Agnieszka Ziółkowska by Marta Frej


Szanowni senatorowie i politycy z prawej strony sceny politycznej, prawicowi publicyści i dziennikarze, hierarchowie Kościoła Katolickiego w Polsce,

Myślicie, że kłamstwa, manipulacje i pogardliwe, uwłaczające słowa jakie wypowiadacie w debacie publicznej o ludziach poczętych dzięki in vitro oraz ich rodzicach trafiają w próżnię? Że nikt ich nie słucha? Że, mimo całej swojej kłamliwości i absurdu, nie mają wpływu na ludzi, których dotyczą?
Otóż nie. My, dzieci frankensteina, nie ludzie, tylko produkty powstałe w wyniku procesu hodowli podobnego jak u krów, my mordercy naszego nienarodzonego rodzeństwa, my osoby upośledzone psychicznie i fizycznie z wadami rozwojowymi, my naznaczeni bruzdą dotykową cierpiący na syndrom ocaleńca, żyjemy, istniejemy. Na całym świecie jest nas ponad 5 milionów.
Mamy oczy, uszy, a przede wszystkim godność, którą staracie się nam za wszelką cenę, wszystkimi uwłaczającymi Wam i kłamliwymi sposobami odebrać i, wmawiając nam winę ontologiczną ze względu na sposób poczęcia, odebrać jednocześnie prawo do życia.
Otóż nie. Jesteśmy, istniejemy, żyjemy, pracujemy, kochamy, mamy dzieci, myślimy, czujemy, oraz GŁOSUJEMY ponieważ jesteśmy obywatelami i obywatelkami tego kraju i mamy rozum, sumienie oraz prawa wyborcze, których pewnie chcielibyście nas pozbawić.
W Polsce żyje kilkadziesiąt tysięcy osób poczętych dzięki in vitro, a że problem niepłodności dotyka już blisko 15% polskich par, będzie ich jeszcze więcej. Przed jutrzejszym głosowaniem w senacie pamiętajcie o tym. My i nasze rodziny, przyjaciele i znajomi i wszyscy uczciwi ludzie nie zapomnimy wam wczorajszej dyskusji w senacie. Lat niestanowienia prawa i ryzykowania zdrowiem par borykających się z niepłodnością oraz narażania ich na cierpienie. Lat klękania przed szantażami hierarchów Kościoła Katolickiego, zamiast dbania o bezpieczeństwo i zdrowie obywatelek i obywateli tego kraju.
Wierchuszko hierarchów Kościoła Katolickiego, nie dziw się, że ludzie od Ciebie odchodzą i krytykują, kiedy rozpętujesz kłamliwą kampanię nienawiści i pogardy, kiedy szantażujesz polityków, próbujesz z naszych rodziców zrobić morderców i odmawiasz im prawo do posiadania potomstwa, a nam do życia.
Wy wszyscy źli, kłamliwi ludzie, którzy zajmujecie się rozpętywaniem kampanii nienawiści i pogardy, wobec nas, wobec osób homoseksualnych… pamiętajcie, że macie krew na rękach Dominika z Bieżunia. Pamiętajcie, że my jesteśmy, czytamy i słyszymy, i że na pewno Wam tego nie zapomnimy
Jest taka gra socjologiczna, może ją znacie, która polega na tym, że każda osoba ma przyklejoną na czole karteczkę ze słowem, które określa jakąś cechę – oczywiście nadaną, niezwiązaną bezpośrednio z tą osobą. Reszta uczestników ma się zwracać do niej w sposób odpowiedni do tej arbitralnie nadanej cechy. Oczywiście nikt nie wie, co ma na czole, musi to odgadnąć. W trakcie gry prowadzi się dyskusję. Jak ktoś ma karteczkę „ładna”, to mówi się jej komplementy, jeśli „mądry”, to się go bardzo uważnie słucha, potakuje, itd. Jeśli zaś ktoś ma kartkę z napisem „głupia”, to ludzie jej przerywają, mówią niemiłe rzeczy, nie słuchają jej, podśmiewają się, itd.
Kiedyś brałam udział w takiej grze na wyjeździe integracyjnym. Intencje organizatorów były jak najlepsze, ale skończyło się na tym, że osoba, która miała kartkę z napisem „głupia”, popłakała się histerycznie. Było to dla niej zbyt okrutne. Mimo że wiedziała, że to tylko gra, że wylosowała tylko kartkę, że tak naprawdę ludzie ją lubią i że to nie ma z nią samą nic wspólnego.
Jeśli macie choć cień ludzkiej empatii, to pamiętajcie, że jeśli ktokolwiek będzie cierpiał i miał problem z tego powodu, że urodził się dzięki in vitro, to przez WAS. A jeśli dojdzie do tragedii z tego powodu jak w Bieżuniu to krew będzie na Waszych rękach.
A Was drodzy przyjaciele i przyjaciółki i wszystkich, którym zależy na tej sprawię proszę o udostępnienie tego postu.

 Agnieszka Ziółkowska

środa, 24 czerwca 2015

145. Dwie twarze katolickich Włoch



Publikacja przez Watykan "Instrumentum laboris"- dokumentu służącego za drogowskaz podczas zbliżającego się synodu zwyczajnego poświęconego rodzinie - zbiega się z przygotowaniami przez rząd Matteo Renziego nowej ustawy mającej zalegalizować we Włoszech związki partnerskie, także homoseksualne i pozwalającej aby pary jednopłciowe adoptowały dzieci (tzw. „DDL Cirinnà”). Renzi chce z ustawą zdążyć jeszcze przed wakacjami – a na pewno przed synodem (4-25 października 2015 r.).
W sobotę 20 czerwca w Rzymie odbył się Family Day pod hasłem „Brońmy naszych dzieci!” przeciwko legalizacji związków homoseksualnych i postępującej kolonizacji ideologii gender. Był odpowiedzią na Gay Pride, w którym wziął udział prezydent miasta Rzymu – Ignazio Marino, udzielający już od kilku miesięcy ślubów parom homoseksualnym. Manifestacja, w której według organizatorów uczestniczyło kilkaset tysięcy rodzin heteroseksualnych z dziećmi, przybyłych do stolicy głównie z prowincji, gościła ciekawe osobistości z galaktyki katolików radykalnych i nie tylko. 

Z podium przemawiał mułła z meczetu w Centocelle, który nawoływał aby katolicy i muzułmanie jednoczyli się przeciwko ideologii gender, która zabija. Był również Kiko Arguello, włoski lider Drogi Neokatechumenalnej, fundacji dóbr duchowych, której o dziwo statutowym celem jest promowanie odnowy życia parafialnego w duchu soboru watykańskiego II. Arguello śpiewał i przemawiał poruszając różne tematy – mówił, że UE zwalcza Ewangelię, że to zgroza iż 38 proc. Włochów nie chrzci dzieci oraz że zabójstwa kobiet są z ich winy, bo nie kochają i nie słuchają mężów. Zaatakował również generalnego sekretarza Episkopatu Włoch – bp. Mariano Crociata: „Zdaje się, że sekretarz mówi co innego, ale papież jest z nami”. 

Choć podczas Family Day transmitowano na Placu św. Jana fragmenty przemówień Franciszka – tym razem włoski episkopat trzymał się raczej z daleka od manifestacji, którą włoscy wierni zorganizowali spontanicznie.
Również polityka wystąpiła incognito. Pojawiło się kilku prawicowych radykałów znanych ze swojej homofobii - jak Rocco Buttiglione i Carlo Giovanardi. Nikt jednak nie przemawiał z trybuny i nie powiewała żadna partyjna flaga. Przedstawiciele rządu Renziego dziwili się, że w Rzymie organizuje się jeszcze manifestacje przeciwko prawom obywatelskim. 
Tym razem stanowisko włoskiego Kościoła, który zmienia się w mgnieniu oka, wyraził na łamach dziennika „La Repubblica” biskup Mazara del Vallo i komisarz Episkopatu Włoch ds imigracji - Domenico Mogavero. "Myślę, że mimo licznego udziału włoskich katolików w Family Day nadszedł czas dla innego Kościoła, który poprowadzi dialog w kwestiach wrażliwych – jak na przykład teorie płci, a nie będzie tylko mówił „Nie!” – powiedział Mogavero włoskiej gazecie, podkreślając, że jego zdaniem jest "potrzebny inny styl". 
Na pytanie dlaczego Episkopat Włoch był taki ostrożny w stosunku do manifestacji Family Day, watykański komisarz do spraw imigracji tłumaczył: "Nikt nie neguje roli małżeństwa i rodziny. Problem w tym, że teorii płci nie można traktować jako pola walki religijnej, a tych którzy mają inną wizję rodziny uważać za grzeszników godnych potępienia. Jeżeli w przyszłości Kościół zostanie uznany za instytucję homofobiczną, będzie to dla niego bardzo negatywne. Zaledwie tydzień temu papież powiedział, że aborcja i eutanazja to nie są katastrofy. Przed Kościołem stoją nowe wyzwania: tragedia imigracji, wzrastające ubóstwo i bezrobocie, głód, problemy klimatyczne planety.”

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu

144. Przygotowania do synodu - Czy Kościół się naprawdę zmienia?



Watykan opublikował „Instrumentum laboris” - dokument będący drogowskazem dla nadchodących XIV obrad synodu zwyczajnego biskupów i noszący tytuł: "Powołanie i misja rodziny w Kościele i we współczesnym świecie". To znak, że Kościół przygotowuje się do stawienia czoła decydującej debacie na tematy związane z rodziną, która odbędzie się na synodzie zwyczajnym, wyznaczonym przez papieża na 4-25 października 2015 r. Już w październiku ubiegłego roku Franciszek zwołał synod nadzwyczajny - aby poprzez swój "organ doradczy" wybadać nastroje w Kościele Powszechnym i sprawdzić czy dojrzał on do zmian jakich wymaga od niego duch czasów, a o jakich dyskutuje się od soboru watykańskiego II - czyli od ponad pół wieku.
Po ośmiu miesiącach konfrontacji został przedstawiony tekst złożony z trzech części (1. Słuchanie wyzwań dla rodziny, 2. Rozeznanie powołania rodziny, 3. Misja rodziny dzisiaj) i zawierający ostateczną, poprawioną wersję „Relatio Synodi” - dokumentu, który na soborze nadzwyczajnym wywołał w pierwszej wersji wiele zamieszania i krytyki konserwatywnych kręgów ojców Kościoła. Przez prawie rok Franciszek lobbował na korzyść zmian poprzez swoje katechezy i audiencje (przyjął nawet prywatnie hiszpańskiego transeksualistę, a publicznie pary żyjące w konkubinacie, matkę wychowującą samotnie dziecko i rozwodników). Wygłosił bardzo odważne słowa. Odwołał się do Ludu Bożego poprzez dodatkowe zapytania i kwestionariusze zawarte w „Lineamenta” i skierowane do grup, stowarzyszeń oraz pojedynczych wiernych. Wysłuchał opinii specjalistów, środowisk uniwersyteckich, naukowców, a także przedstawicieli innych wyznań religijnych. Czy przyniesie to jakieś rezultaty?
Choć prasa włoska znowu podsyca nadzieje poprzez rewolucyjne tytuły (np. "Kościół otwiera się na gejów"), samo „Instrumentum laboris” jest tekstem bardzo ostrożnym. W sprawie Eucharystii dla rozwodników, wydaje się, że katolicy poczynili jakieś refleksje… W stosunku do LGBT wprowadzono ważne zdanie: "każda osoba, niezależnie od jej orientacji seksualnej, musi być szanowana w swej godności i spotykać się z wyrozumiałością i delikatnością, zarówno w Kościele, jak i społeczeństwie". To jednak tylko propozycja dla ojców Kościoła, którzy będą musieli przyjąć ją na synodzie zwyczajnym większością 2/3 głosów... O związkach partnerskich homo czy hetero nie ma mowy. Przewiduje się natomiast uproszczenie procedury unieważnienia małżeństw kościelnych.
Synod nadzwyczajny był dla Franciszka rozczarowaniem – papież przybyły z Ameryki Łacińskiej, gdzie od kilku lat w Kościele toczy się rewolucja światopoglądowa, nie spodziewał się, że w starej Europie panuje jeszcze takie średniowieczne zacofanie. Choć podobno skrzydło reformatorów wzrasta w siłę – Bergoglio po nadchodzącym synodzie zwyczajnym nie spodziewa się zbyt wiele – a już na pewno nie rewolucji…
Dlatego też zaraz po nim ogłosił Rok Święty – Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, który rozpocznie się 8 grudnia 2015 a zakończy 20 listopada 2016 r. Jego otwarcie zbiegnie się z 50. rocznicą zakończenia soboru watykańskiego II (8 grudnia 1965 r.). Franciszek powiedział znamienne słowa: „To jest czas miłosierdzia. Ważnym jest, aby wierni i świeccy żyli nim i zanieśli je do różnych środowisk społecznych. Naprzód!”.
Na pewno podczas Roku Świętego papież odwoła się do miłosierdzia Ludu Bożego… Ostatnie słowo w kwestii zmian doktrynalnych będzie należeć jednak do Bergoglia, zgodnie z dogmatem o nieomylności papieskiej. Może nieomylny papież będzie wreszcie miłosierny dla rozwodników, konkubentów i osób o odmiennej orientacji seksualnej… Jednak czy równie miłosierni będą katolicy?

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu

poniedziałek, 11 maja 2015

143. Franciszek zmienia kurs Jana Pawła II, tym razem w polityce


"Katolicka partia polityczna nie ma przyszłości, nie jest potrzebna. Kościół to nie partia polityczna. Katolicy jednak muszą angażować się czynnie w politykę" - słowa papieża Franciszka wypowiedziane na spotkaniu ze Wspólnotami Życia Chrześcijańskiego, promowanymi przez jezuitów, które padły tuż przed 1 Maja, znowu zaskoczyły wszystkich.


Włoski dziennik Huffington Post kierowany przez Lucie Anunziatę, zwrócił uwagę na to, że słowa Bergoglia poprzedzają nową epokę w polityce włoskiej, tak jak swego czasu otwierał ją słynny list Jana Pawła II z 6 stycznia 1994 r. Huffington Post przypomniał: "Polski papież zarejestrował trzęsienie ziemi, upadek i zmierzch Pierwszej Republiki. Pomimo to podkreślał konieczność i aktualność stworzenia nowego systemu, nowej siły politycznej inspirowanej na płaszczyźnie społecznej i politycznej przez tradycję oraz kulturę chrześcijańską społeczeństwa włoskiego".



Trzy miesiące późnej na włoską scenę polityczną wkroczył Sylvio Berlusconi i jego partia Forza Italia, która nie ukrywała aspiracji i inspiracji chrześcijańskich oraz niezłomnej gotowości stania na straży tychże wartości. Berlusconi z błogosławieństwem włoskiego Episkopatu i Watykanu rządził Włochami przez blisko 20 lat. Pobił rekord Benita Mussoliniego piastując funkcję premiera najdłużej w historii Włoch - przez 3340 dni. Przyjmował nawet Eucharystię jako rozwodnik nie ożeniony powtórnie. Odpłacił się sowicie przyznając Kościołowi ulgi podatkowe. Za jego rządów umocnili się obdżektorzy sumienia, utrudniający dokonywanie aborcji gwarantowanej przez prawo, pigułka dnia następnego nigdy nie weszła do wolnej sprzedaży, wszelkie próby wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich zakończyły się niepomyślnie.

Układ pobogłosławiony w liście Jana Pawła II, trwał aż do momentu, w którym po skandalu Bunga Bunga sami włoscy wierni oddolnie potępili premiera. Zresztą Watykan wiedział już wtedy, że Berlusconi skazany w procesie za oszustwo podatkowe i sądzony za seksualne wykorzystywanie nieletnich, nie jest asem politycznym, na którego warto stawiać.



Model Wojtyły przewidujący konieczność tworzenia partii chrześcijańskich i ich popierania z ambon, nie ograniczał się tylko do Włoch. Zgodnie z wizją polityczną polskiego papieża, który miał za sobą doświadczenie komunistyczne - partie chrześcijańskie mogły mieć jedynie matryce prawicowe, a z tym co stało po lewej stronie sceny politycznej należało walczyć jak z wrogiem. Znamy to dobrze z polskiej autopsji.



Zmiana kursu



Słowa papieża Franciszka które sygnują całkowitą zmianę kursu Watykanu w sprawach politycznych, poprzedziły we Włoszech uchwalenie nowej ordynacji wyborczej, zwanej potocznie "Italicum", umacniającej lewicowego premiera Matteo Renziego i utwierdzającej wszystkich w przekonaniu, że może być on długoletnim następcą Berlusconiego. Poza tym Renzi jest jedynym włoskim lewicowym premierem, na którego z Watykanu spogląda się z pewną sympatią. Reprezentuje mutację genetyczną włoskiej lewicy od marksizmu-leninizmu do katolicyzmu społecznego.



Jak pisze Huffington Post: "Zmiana kursu Bergoglia jest córką naszych czasów i wywodzi się przede wszystkim z opcji teologicznej, a później politycznej. Papież, który prosi katolików o to, by się otworzyli, wyszli do społeczeństwa i wymieszali się w nim, nie może zwracać się do polityków z zawezwaniem do walki, stawiania barykad, zwierania szyków. Franciszek powierza partiom tylko rolę łącznika, amalgamacji i wskazuje katolikom drogę dwubiegunową do dojrzałego bipolaryzmu politycznego".



Mylą się jednak ci, którzy mają nadzieję, że argentyński papież wskrzesi chrześcijaństwo inspirowane marksizmem i teologię wyzwolenia. Mylą się również ci, którzy upatrują w nim lidera europejskiej lewicy, pokładając wszelkie nadzieje. Owszem - Bergoglio dziś, jako jedyny, mówi o prawach człowieka, o handlarzach śmierci żerujących na wojnie i tragedii ludzkiej, o pokoju i rozbrojeniu, o głodzie, o tragedii imigrantów, o ksenofobii i nacjonalizmach rosnących w Europie, o bezrobociu, o pracy na umowy śmieciowe, o równouprawnieniu kobiet (przynajmniej pod względem płacy...). To odważne słowa dające nadzieję nie tylko wierzącym i chciałoby się usłyszeć je z ust wielu lewicowych polityków. Pod względem doktrynalnym i światopoglądowym - zwłaszcza w sferze seksualnej i reprodukcyjnej - Kościół nie zmieni jednak nigdy swoich pozycji. Nie dla aborcji, nie dla antykoncepcji, nie dla invitro, nie dla eutanazji, nie dla związków jednopłciowych - w tych sferach pozostanie zawsze konserwatywny, a są to przecież tematy bardzo drogie wielu postępowym "lewakom".



Nie wykluczone, że już wkrótce powrócą do łask "lewicowi chrześcijanie" modni za czasów Soboru Watykańskiego II. Ale jak pogodzić w ramach jednej partii lewicującego wierzącego katolika z lewicowym ateistą, wierzącym jedynie w świeckie państwo?

Polityka Karola Wojtyły w stosunku do polityki była bitwą pod Wiedniem. Gwałtowna zmiana kursu Jorgea Maria Bergoglia może okazać się koniem trojańskim dla światowej lewicy.





Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu